Ja Mirosław Mucha urodzony 20.06.1970 r. w Łowiczu w wieku 35 lat, po dwóch latach znajomości ożeniłem się z Mariolą Szybką zamieszkałą w Makłówce 283. Ustaliliśmy że przez pierwsze dwa-trzy lata będziemy mieszkać w moim domu rodzinnym w Łowiczu a później
przeprowadzimy się do Makłówki do domu rodzinnego mojej żony.Moja żona była i jest nadal ładną kobietą, ma tylko trochę wadę postawy. Można ją poprawić, trzeba tylko regularnie ćwiczyć. Potwierdzili to lekarze specjaliści u których byliśmy. Obiecała że będzie ćwiczyć. Dużo też rozmawialiśmy, moja przyszła żona wiedziała że na przykład chciałbym mieć dużą rodzinę (miała co do tego zastrzeżenia ale w końcu wydawało mi się jakoś doszliśmy do zgody). Jestem zwyczajnym szarym człowiekiem, pracuję i pracowałem fizycznie. Tak się składa że pracowałem w prywatnym zakładzie gdzie patrzyli na wykonaną pracę a mniej na czas jaki był potrzebny do jej wykonania. Tak więc czas pracy miałem nienormowany. Przeważnie przyjeżdżałem do jej domu gdy byłem kawalerem w sobotę lub w niedzielę, więc byłem wygolony, wykąpany i ładniej ubrany. Ale nieraz też przyjechałem w środku tygodnia, po pracy, czasem nieogolony i gorzej ubrany (pracę miałem w miarę czystą więc nie potrzebowałem przebierać się w pracy). Wszystko to moja żona widziała i o tym rozmawialiśmy przed ślubem, wiedziała kim jestem. Była w moim domu rodzinnym, widziała jaki jestem, jakie mam zwyczaje itp. Przed ślubem nie mieliśmy raczej powa- żniejszych konfliktów. Raz mi powiedziała że jak mi nie pasuje to nie muszę przyjeżdżać, ale potem widocznie się zreflektowała bo zadzwoniła, przeprosiła, porozmawialiśmy i znowu było wszystko w porządku. Gdzieś w tym czasie mniej więcej zapaliła mi się w głowie słabiutka czerwona żarówka, zauważyłem że jest nerwowa. Pomyślałem sobie jednak że jeśli będę dobry dla kogoś to ten ktoś to odda. Tak jest zwykle nawet między obcymi ludźmi a co dopiero między takimi którzy przysięgną sobie miłość i życie razem. Tą myślą się kierując postanowiłem zostać. Miałem w końcu już 35 lat. Był jeszcze jeden poważny zgrzyt przed samym weselem. Kiedy to zakup alkoholu należał do mnie ale teść na siłę sugerował że jego goście (z jego strony) nie będą pili spirytusu który ja chciałem kupić i który tradycyjnie przygotowuje się na wesela. On wolał gotowy alkohol ze sklepu czyli wódkę. Także tradycyjne błogosławieństwo ja chciałem żeby było w domu, Oni (rodzina mojej przyszłej żony) w domu ludowym. Nie potrafili o tym spokojnie porozmawiać, doszło do ostrzejszej wymiany zdań, zarzutów że moja strona nie dość że nic nie robi to jeszcze śmie mieć jakieś zdanie czy żądania na ten temat. W końcu ja ustąpiłem i zgodziłem się na to co chcieli. Gdybym wiedział że taka metoda postępowania stanie się normą wycofałbym się jeszcze wtedy. Ale jak wspomniałem jeśli się jest dla kogoś dobrym z reguły ten ktoś oddaje tym samym. Mnie dużo nie trzeba, odrobinę ciepła, dobre słowo, trochę serca, uczucia, czasem jakiegoś bliższego fizycznego kontaktu z kobietą którą sobie wybrałem, porozmawiać. Gdyby jeszcze z tego wszystkiego były dzieci byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Czy to dużo? Dla takiej żony i dzieci mógłbym pracować, troszczyć się i opiekować się nimi. Dla takiej żony i dzieci mógłbym oddać krew i życie. Wydawało się że moja przyszła żona doceni to że ktoś chciałby ją pokochać, tyle lat była przecież sama. Gdy się z nią żeniłem miała (o ile dobrze liczę) trzydzieści trzy lata, wydawało się że doceni to że zdarza się jej towarzysz do dalszego życia, że nie będzie sama. I starałem się kochać Ją jak potrafiłem najlepiej, starałem się być dla niej miły, dobry, starałem się troszczyć o nią jak umiałem najlepiej i na ile mnie było stać. Mówiła że nie ma sukni-kupiłem, czegoś cieplejszego-kupiłem, potem była w ciąży, było gorąco nie miała w czym chodzić-kupiłem sukienkę ciążową. Chciała odtwarzacz DVD-kupiłem, chciała telewizję cyfrową-kupiliśmy razem. Trzymałem się takiej nie pisanej zasady, ponieważ pracowała i miała także swoje pieniądze, więc jakieś grubsze, droższe rzeczy kupowałem ja ze swoich pieniędzy, natomiast drobniejsze, tańsze (jedzenie na przykład) kupuje żona. Chociaż gdy mieszkałem u niej to śniadania i kolacje kupowałem sobie sam, a tam jadłem tylko obiady. Oczywiście jeśli jej coś brakło to dodawałem, czasem też brałem od niej jakieś drobne kwoty jeśli na coś wydałem więcej pieniędzy i akurat mi brakło. Były to jednak drobne kwoty rzędu od 5 - 20 zł i zdarzało się to bardzo rzadko. Po ślubie nagle okazało się że jestem ślimak (powolny), brudas, że nie zachowuję się poważnie, nie rozmawiam mądrze. Powód do spięcia, do nerwów zaczął się znajdować bardzo często. Ja tłumaczyłem że można sobie wszystko spokojnie wyjaśnić, prosiłem, gniewałem się. Wiele razy powtarzałem mojej żonie że jeśli da się kochać, da się lubić to będę dla niej pracował, będę dbał o rodzinę, będzie miała samochód, kino domowe, i co tylko będzie chciała.
Z początku próbowałem to wszystko obrócić w żart, jestem wesołym człowiekiem, lubię sobie pożartować nawet z samego siebie, jeśli widzę że ktoś żartuje (także ze mnie), nie obrażam się. Tutaj jednak nie było żartów. Jeśli ktoś przychodzi do domu po pracy, cały dzień myślał jak zarobić na rodzinę cały dzień myślał o tej świeżo założonej rodzinie, i cieszył się że wieczorem będzie mógł porozmawiać sobie z żoną, przytulić ją, odpocząć. Ale zamiast miłych, ciepłych słów słyszy w drzwiach lub chwilę później pretensje, nerwy, krzyki, to zaczyna się sam siebie pytać o co tu chodzi? Dlaczego??? Przecież tak się starałem. I dowiaduje się na przykład że powodem jest to że położył się koło dziecka w nie posprzątanym pokoju. Albo spóźnił się do lekarza z dzieckiem 10 min. To nic że gdy przyjechaliśmy na miejsce to trzeba było jeszcze czekać pół godziny i zdążyliśmy bez problemu ale trzeba było wcześniej nerwów, krzyków, złości bo inaczej nie można. Tak jest prawie ze wszystkim. O byle co są pretensje, nerwy. Gdy zażartowałem że kupię jej małego fiata to tak się zezłościła że miałem ochotę wysiąść z samochodu (akurat jechaliśmy samochodem), przez resztę drogi wolałem się nie odzywać żeby jej nie drażnić. Takich przykładów mógłbym podać dziesiątki jeśli nie przeszło to już w setki w ciągu tych dwóch lat od daty ślubu. Po ślubie wszystkie te ustalenia o których rozmawialiśmy przed ślubem okazały się nie aktualne, nieważne. Moja żona mieszkała u mnie (w moim domu rodzinnym, jak umawialiśmy się przed ślubem) w sumie około dwa miesiące może. Wynajdowała różne powody żeby mieszkać u niej, niechętnie dotrzymywała słowa. Miała też poparcie w swoich rodzicach żeby nie mieszkać u mnie. Jej ojciec powiedział mi wprost że Mariola źle się u mnie czuje (tak się złożyło że pod koniec ciąży akurat u mnie źle się poczuła i zawiozłem Ją do szpitala. Stało się tak dwa razy, drugi raz przed samym porodem). Ponieważ ja nie mogłem tak nagle zostawić mojej rodziny w której się dotąd wychowywałem, tam została moja matka która ma 75 lat (nie może już chodzić) i siostra niezamężna. Ja obiecywałem im (także w imieniu mojej żony) że będę mieszkał jeszcze przez pewien czas z nimi, więc starałem się dotrzymywać słowa. Często więc jeździłem do domu, nieraz tam zanocowałem a żona została w swoim domu rodzinnym w Makłówce. Powód? Przykładowo kot był chory i ktoś musiał się nim opiekować. Lub kiedyś mi po prostu powiedziała że jej się u mnie nudzi.
Więc jeśli moja teściowa mi zarzuca że nie zawsze mieszkaliśmy razem to ja się pytam czyja to wina? Przecież mieliśmy przez 2-3 lata mieszkać u mnie w moim domu rodzinnym. Moja matka mojej żonie Marioli nigdy nic przykrego nie powiedziała, nie wtrącała się do niczego. Natomiast gdy ja mieszkałem w Makłówce, w domu rodzinnym mojej żony, to niejedno usłyszałem. Gdy pojawiło się dziecko doszły jeszcze pretensje że nic mnie nie obchodzi (nawet moja teściowa tak twierdzi), że ona zajmuje się dzieckiem a ja się włóczę po mieście. Chętnie zajmę się dzieckiem i nie będę miał krzywdy niech tylko moja żona pójdzie zarobić i przyniesie do domu pieniądze. Zajmowałem się dzieckiem po pracy, przed pracą rano, wstawałem wcześniej od niej, także w nocy, w dniach wolnych od pracy. Potrafię nakarmić, wykąpać, przewinąć, zabawić, wyprać, nawet mogę się nauczyć gotować i podam jej do stołu gdy przyjdzie z pracy, i nie będę miał krzywdy. Zawłaszczyła sobie dziecko. Sama wybrała sobie imię dla dziecka, mnie się nawet nie zapytała czy mi się podoba. Powiedziała że ona się męczy więc ona wybiera. Sama wybrała rodziców chrzestnych dla dziecka. Miała być moja siostra ale ponieważ nie zadzwoniła z gratulacjami (ja zadzwoniłem do domu ze szpitala) więc obydwoje chrzestni są ze strony mojej żony. Z mojej rodziny nikt na chrzcie nie był, ani matka, ani siostra, dobrze że ja byłem. Czy tak to wszystko powinno być zostawiam do oceny sądu. Ja jestem taki że nie pcham się tam gdzie mnie nie chcą. Tylko to boli bo ja starałem się kochać moją żonę, starałem się dla niej, ale Ona tego nie doceniła. Od pewnego czasu zauważyłem że dochodzi do wniosku że nie mam wyjścia. Skoro się z nią ożeniłem i jest dziecko to nie mam wyjścia i muszę się zgadzać na to co ona chce. Ja jestem jej potrzebny żebym przynosił pieniądze do domu i zajmował się dzieckiem kiedy ona ma już dość. I to mówi jeszcze że mało przynoszę. Mąż jej koleżanki jest na jakimś stanowisku kierowniczym w firmie która pracuje na eksport, wiec On przynosi do domu kilka tysięcy, i może sobie pójść na piwo czasem, na mecz, do kolegi. Nie chodziłem na piwo. Ale do kolegi chciałbym czasem pójść. Mam jednego przyjaciela, znamy się już ponad dwadzieścia lat. Przecież małżeństwo nie oznacza zerwanie dotychczasowych przyjaźni.
Więc ja muszę być w domu i do kolegi nie mogę pójść, lub jeśli mogę to ewentualnie raz na miesiąc lub dwa bo dopiero byłem. Jeśli chodzi o prawa do dziecka (na przykład co jest dobre dla dziecka a co nie, o sposobie wychowania itd) to ma je wszystkie moja żona ja mam tylko obowiązki. Bo jakbym ja ją też wychowywał to by wyrosła taka jak ja! Gdy spytam się nieraz o coś to słyszę głośniej: Ja wiem co mam robić i daj mi spokój!!! Więc gdy się nie pytam to słyszę że nic mnie nie obchodzi. Tak wygląda rozmowa między nami. Ze mną się podobno nie da porozmawiać. Przed ślubem się dało a teraz się nie da!
Poniżej przedstawię sumę poszczególnych wydatków które poniosłem w ciągu tylko pięciu miesięcy (miesiąc przed urodzeniem się dziecka do koń- ca grudnia kiedy to po nowym roku 2006 wyjechałem za granicę).
1. Wyprawka dla dziecka (wózek, inne przybory, kosmetyki) – niecałe
-------------------------------------------------------------------------------1000 zł.
2. Chrzest, ja dałem 150 zł, moja żona 50 zł -------------------------150 zł.
3. Fotelik samochodowy dla dziecka -----------------------------------213 zł.
4. Szczepienia dziecka - 103 zł (pierwsze szczepienie, zostawiłem
też dalsze 250 na następne szczepienie, miało kosztować 117 zł,
reszta na ewentualnego lekarza prywatnego gdyby zaszła taka
potrzeba, lub na lekarstwa, razem więc----------------------------353 zł.
5. Prywatne badania lekarskie USG wykonane w Rzeszowie na
ul. Szopena, „Medyk” Niepubliczny ZOZ----------------------------100 zł.
6. Płatne badania moczu (kilka razy) --------------------------------------20 zł.
7. Drobne wydatki na przykład na lekarstwa, mleko, pampersy itp.,
(dość dużo z tych wydatków ponosiła żona, ale ja też kupowałem –
----------------------------------------------------------------------------------400 zł.
8. Paliwo do samochodu i serwis. Gdzie trzeba było pojechać to
jechałem, z pracy nieraz się zwalniałem. Jeździłem do lekarza z
dzieckiem, do sklepu, na badania, do szczepienia, zależnie od
potrzeby.
Wszystkie te koszty ja ponosiłem.-----------------------------------800 zł.
Razem około 3036 zł.
Nie liczę ubezpieczenia za samochód za które zapłaciłem 350 zł, i prze-gląd. Rozumiem że koszty samochodu nie są bezpośrednim wydatkiem na dziecko. Jednak żeby jeździł trzeba o niego dbać. Tymczasem od mojej żony słyszę: Co mnie twój samochód obchodzi! Ale gdy tylko co było trzeba to korzystała z niego tak samo jak i ja. Jechaliśmy wszędzie gdzie tylko chciała.
Miała też 3000 zł z wesela (na wesele dostaliśmy około 6700 zł, część pieniędzy się rozeszło kupiłem nowe meble, chwile też nie pracowałem, mniej więcej połowa się rozeszła na różne wydatki, z resztą trzeba było coś zrobić, włożyłem na konto. W dzień gdy wyszła ze szpitala dowiedziałem się ze jestem nie do życia. Byłem już tak skołowany i miałem tak wszystkiego dość że trzasnąłem drzwiami i pojechałem do domu. Jak przyjechałem po około trzech godzinach to jej rodzice rzucili się do mnie z pretensjami i do bitki że zostawiłem Mariolkę chorą i pojechałem. Powiedzieli żebym oddał pieniądze z wesela bo to ich część. Więc oddałem. I jak wyjeżdżałem za granicę 09.01.2006 to jej mówiłem że ma 3000 zł i dodałem jeszcze 250 zł. I powiedziałem że jakby się dała kochać to by wszystko było inaczej. Za te pieniądze kupiła sobie samochód Tico, a mnie podała do sądu o alimenty, że nic nie daję na dziecko.
Gdy wyjeżdżałem za granicę, także, ponieważ moja żona obawia się jeździć samochodem w zimie (jeszcze z dzieckiem), nie ma doświadczenia więc poprosiłem mojego przyjaciela (On jest lepszym kierowcą niż ja) o przysługę. Zostawiłem mu samochód i telefon i poprosiłem go że gdyby moja żona zadzwoniła to żeby ją podwiózł do lekarza z dzieckiem lub gdziekolwiek gdzie będzie chciała. Po przyjeździe wszystko bym uregulował. Wiedziała o tym, wystarczyło zadzwonić, nie skorzystała ani razu. To są tylko wydatki związane bezpośrednio z dzieckiem nie liczę wydatków na opłaty domowe (woda, prąd, gaz, na żywność) kiedy mieszkałem w domu rodzinnym mojej żony. Czy to są minimalne koszty poniesione na dziecko? Czy moja żona poniosła większe lub co dołożyła w ciągu tych pięciu miesięcy od urodzenia się dziecka 31.08.2005 do 09.01.2006 kiedy to wyjechałem za granicę?
I dalej pracowałbym dla niej i dla dziecka, troszczyłbym się o dom gdyby była miłość po prostu, gdyby dała się kochać, gdyby to małżeństwo było oparte na partnerskich zasadach. Nie uciekam od kosztów związanych z dzieckiem, z rodziną. Przeciwnie chciałbym pracować dla rodziny, ale dla takiej do której się z chęcią wraca. Chciałbym mieć więcej dzieci. Wiem że dziecko kosztuje, jego utrzymanie, wychowanie, nie uciekam od tego. Gdybym widział ze jej zależy na tym małżeństwie ustąpiłbym jej wiele. Ustąpiłem jej z mieszkaniem (po urodzeniu dziecka przyjechała do swojego domu rodzinnego i tam już została. Postawiła mnie przed faktem dokonanym po prostu. Ale ja ustąpiłem. Postanowiłem spróbować jeszcze w jej domu rodzinnym. Zapomniałbym nawet że jej rodzice z bratem skoczyli do mnie do bitki i wygonili mnie stamtąd. Gdyby zrozumiała co się stało i gdybym widział że stara się jak może żeby to naprawić, zapomniał bym. Ale Ona zaczęła uważać że skoro ustępuję to nie mam innego wyjścia, że ma mnie w garści bo jest dziecko. Żadnych wniosków z tego co się stało nie wyciągnęła.) Jestem człowiekiem który gotowy jest na daleko posunięty kompromis jeśli widzę że druga strona także stara się ze wszystkich sił. Jeśli jednak ktoś chce się rozwodzić bo druga strona czasem nie spuściła wody w ubikacji, lub założyła skarpety z dziurą w palcu, lub za długo je to widać jakość tego związku, widać uczucie jakim darzyła ta osoba drugą stronę. Przeprosiłem ją za to, i starałem się żeby się to więcej nie powtórzyło. Coraz częściej ostatnio słyszę od mojej żony że jestem nie do życia, że nie może ze mną wytrzymać, że nie zachowuję się normalnie. Także szanowna pani teściowa mówi że poznała się na mnie. Wiele razy powtarzałem mojej żonie: Dasz się kochać, będę Cię kochał!
I gdy wyjeżdżałem za granicę też jej tak powiedziałem. Powinna zastanowić się nad sobą, nad naszym małżeństwem. Co jest nie tak? Dlaczego jestem nieszczęśliwa? Porozmawiać ze mną. Zastanowić się nad tym co się stało dotąd. Wyciągnąć wnioski, może by coś warto zmienić, żebyśmy się czuli ze sobą dobrze, szczęśliwi.
Ale ona nie wzięła sobie moich słów do serca. Zaczęła uważać że skoro się z nią ożeniłem i jest dziecko to nie mam wyjścia i może robić co chce a ja i tak zostanę. I zamiast wziąć sobie moje słowa do serca podała mnie do sądu o alimenty, że nic nie daję na dziecko, a za pieniądze które jej zostawiłem kupiła sobie samochód.
Jeśli mamy żyć w ten sposób jak dotąd to nie widzę ciekawej przyszłości dla naszego związku. Wydaje mi się że odpowiedzialność powinna być po obu stronach. Ja uważam że wina za stan w jakim znajduje się nasz związek leży już teraz po stronie mojej żony. Uważam że zrobiłem co mogłem dla naszego związku ale druga strona nawet na to nie zwróciła uwagi. Dla nich jestem zły, nieodpowiedzialny. Uważają że im się wszystko należy. Przyjadę w lecie do Polski, wtedy spróbuję ostatecznie porozmawiać z żoną. Na razie uważam że ma pieniądze na dziecko. Ja swoją połowę wydałem na wspólne małżeńskie wydatki.
Mój adres Państwo wiedzą, w razie potrzeby podaję numer telefonu: (0044)7345182135.
Mirosław Mucha
PS. Przepraszam że czasem powtarzam się, piszę pod wpływem
Emocji, jestem prostym człowiekiem i piszę jak potrafię.
Jasam, w jaki sposób troszczyłeś się o swoją żonę kiedy była w ciąży?
OdpowiedzUsuńMówisz, że trzy miesiące mieszkaliście u Ciebie, a pod koniec ciąży, Twoja żona źle się u Ciebie poczuła. To jak to wreszcie było?
Czy chory kot był ważniejszy od spędzenia czasu z żoną? Czy nie sądzisz, że ona mogła czuć się zaniedbana?
Kupowanie rzeczy i płacenie za nie, to nie to samo co przytulenie i prawdziwa troska.
Wyjechałeś, gdy córeczka miała 5 miesięcy, nie żal Ci było, że nie będziesz miał z nią kontaktu?
Ile właściwie dziecko miało lat, gdy się rozwiedliście?
Jak utrzymywałeś potem z nim kontakty?
Troszczyłem się o nią jak tylko umiałem najlepiej.
UsuńCiężko tulić się do kogoś kto ma do Ciebie wieczne pretensje o wszystko praktycznie, o byle co, że czasami już nie wiesz o co?
Mieszkaliśmy nawet nie trzy miesiące u mnie. Mam na myśli wszystko w sumie, także przed ciążą, po ślubie. To mieszkanie wyglądało tak: od poniedziałku do piątku u mnie, weekend u niej bo jej u mnie się nudziło.
Gdy kot uległ wypadkowi, to trzeba było go doglądać, no i została w swoim domu rodzinnym, na dobrych parę tygodni.
Żal było córeczki, i nie masz pojęcia jak szarpałem się ze sobą czy pojechać na święta czy nie.
W czasie rozwodu dziecko miało rok i 1-2 miesiące.